Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 1 . Rozdział 2 .    

   Statek zaczął opadać i rozległ się brzęczyk alarmowy: to nie są ćwiczenia. Awaria komputera. To nie są ćwiczenia. McDonoughowi serce waliło jak młotem; z wysiłku po twarzy spływał mu pot. Nacisnął przycisk łączności z Taylorem. Wszystkie ekrany były puste.

   To nie są ćwiczenia...

   Nastąpiło przerwanie programu. "Feniks" ratował się. Wytracał prędkość, ignorując kruche ciała ludzkie w swoim wnętrzu.

   Następnie "Feniks" spróbował ponownie załadować komputery napływającymi informacjami. Skontaktował się ze swoim kapitanem, nawigatorem, pilotem i drugim pilotem, za każdym razem powodując bolesny wstrząs na łączach. Dopiero po kolejnych dwóch takich wstrząsach McDonough zobaczył dane na ekranach swojego stanowiska nawigacyjnego.

   Obraz wideo pokazywał gwiazdę.

   Nie, dwie gwiazdy, jedną rozpaloną do białości, drugą lśniącą nikłą czerwienią. McDonough znieruchomiał w fotelu, widząc oczyma wyobraźni "Feniksa" powoli dryfującego ku białemu, nuklearnemu piekłu.

    - Gdzie jesteśmy? - zapytał ktoś. - Gdzie jesteśmy?

   Pytanie to nawigator uznał za oskarżenie. McDonough odczuł je jako cios w i tak zmaltretowany żołądek i poszukał spojrzeniem odpowiedzi u pilota, Taylor jednak wpatrywał się nieruchomo w swoje ekrany.

    - Inoki - powiedział McDonough. Drugi pilot siedział bezwładnie w fotelu. Stracił przytomność lub jeszcze gorzej.

    - Przysłać na górę Greene'a. Greene i Goldberg, na mostek. - To LaFarge, starszy kapitan, stanowczy i bezkompromisowy, na kanale załogi wzywał dwóch pilotów zapasowych.

   McDonough czuł, że ma dreszcze. Zastanawiał się, czy LaFarge wezwie całą zapasową załogę, a jakaś cząstka jego umysłu bardzo tego chciała, pragnęła tylko położyć się na koi, i przestać stawiać czoło rzeczywistości. Musiał się jednak dowiedzieć, co to za gwiazda podwójna, gdzie się znajdują i jaki popełnił błąd, że statek tu się znalazł. Od odżywek wstrzykiwanych przez końcówkę medyczną robiło mu się niedobrze. Widok, jaki miał przed sobą, to było wariactwo. Optyka nie mogła się mylić. Podobnie jak roboty. Podobnie jak wszelkie instrumenty.

    - Sir? - Obok niego siedziała Karly McEwan równie oszołomiona, jak on. Jego własna rezerwa: była wstrząśnięta, ale wciskała przyciski, usiłując z zaciśniętymi zębami wydobyć z chaosu jakiś sens. - Sir? Mam przełączyć na diagnozę ogólną? Sir?

    - Na razie tak - mruknął czy też raczej zrobiła to za niego jakaś wyższa funkcja mózgu, podczas gdy jego świadomość działała na niższym poziomie. To asekuranckie "na razie" zabrzmiało w jego uszach jak wyrok, ponieważ McDonough nie widział żadnego szybkiego sposobu otrzymania podstawowych danych tego układu gwiezdnego. - Analiza widma, stanowisko dwa i trzy. Porównanie map, stanowisko cztery. Stanowisko pięć, jeszcze raz przeprowadzić inicjację systemu i wprowadzić współrzędne celu. - Przodomózgowie wciąż wydawało polecenia. Reszta funkcjonowała jak Taylor, czyli nie robiła nic. - Potrzebny nam tu lekarz. Czy na mostku jest Kiyoshi? Taylor i Inoki mają kłopoty.

    - Czy jesteśmy zrównoważeni? - To głos Kiyoshiego Tanaki, pytający, czy można odpiąć pasy i pójść do pilotów, ale w każdym pytaniu brzmiało jakby echo podwójnego znaczenia, każde pytanie rozmywało się w coś nieznanego i niepoznawalnego.

    - Tak zrównoważeni, jak to w tej chwili możliwe - odparł LaFarge, a tymczasem program analizy widma produkował strumień bieżących porównań ze wszystkimi układami gwiezdnymi figurującymi w zapisach statku, który to strumień przepływał przez główny ekran McDonougha jednostajnym ciągiem nie pokrywających się danych. Na dole ekranu tkwił napis: BRAK ZGODNOŚCI, PRZEBADANO 3298 OBIEKTÓW.

    - Mamy pytania na kanale B - odezwał się ktoś z Łączności. - Specjaliści proszą o pozwolenie opuszczenia kabin. Proszą o obraz z monitorów.

   Porządki Taylora. Taylor zawsze dawał pasażerom widok: opuszczenie układu Ziemi, zbliżanie się do punktów masy i opuszczanie ich...

    - Nie - rzekł ostro LaFarge. - Żadnych obrazów. - Ślepy potrafiłby dostrzec, że oznacza to kłopoty. - Powiedz, że na mostku ktoś zachorował. Że jesteśmy zajęci.

   Tanaka dotarł do Taylora i Inokiego. McDonough zorientował się, że wstrzykuje coś Taylorowi. Pasażerowie zauważyli zmianę procedury, a napis BRAK ZGODNOŚCI nie zmienił się.

    SZUKAĆ DALEJ?

   Komputerowi skończyły się okoliczne gwiazdy.

    - Karly, dałaś priorytet diagnozie ogólnej jeden?

    - Tak - odpowiedziała Karly piastująca stanowisko drugiego nawigatora. Poszukiwania pasujących gwiazd zaczęły się od Sol i jej bliskiego sąsiedztwa. - Od naszego wektora w zasięgu dziesięciu świetlnych w każdą stronę.

   Żołądek McDonougha zbuntował się jeszcze bardziej.

   Wszystko to nie miało sensu. Pokazali się piloci zapasowi, zadając pytania, na które nikt nie potrafił odpowiedzieć - te same pytania, które zadawał przyrządom i zapisom każdy nawigator. Kapitan kazał lekarzowi sprowadzić Taylora i Inokiego z mostku. Klął, mówiąc to, i kiedy Tanaka postawił pilotów na nogi, McDonough zaczął sprawdzać urządzenia na własną rękę: Taylor mógł iść, ale sprawiał wrażenie ślepego na to, co działo się dookoła. Inoki ledwo się ruszał - po tym, jak Tamka rozpiął mu pasy i odłączył rurkę od wszczepu, jeden z techników łączności musiał wyciągnąć go z fotela i nieść. Żaden z nich nie patrzył na Greene'a i Goldberga. Taylor utkwił wzrok w nieskończoności. Inoki zamknął oczy.

   SZUKAĆ DALEJ? - zapytał komputer, przeszukawszy wszystkie gwiazdy w promieniu trzydziestu świetlnych od Ziemi.

    - Mamy pięć procent paliwa - kapitan ze spokojem oznajmił potencjalny wyrok śmierci. - Czy odbieramy cokolwiek?

   Przy tej gwieździe? - zapytał w duchu McDonough, a Łączność odparła:

    - Martwa cisza. Ta gwiazda robi tyle hałasu, że wszystko zagłusza.

    - Przełączyć na daleki zasięg, wzmocnić nasz wektor. Założyć, że zostawiliśmy gwiazdę w tyle.

    - Tak jest, sir.

   Po chwili zazgrzytały urządzenia hydrauliczne na kadłubie. To rozkładał się wielki talerz, przygotowując się do nasłuchu. Prędkość została zredukowana do tempa pełzania, bezpiecznego dla rozstawionej anteny - bezpiecznego, gdyby to było własne Słońce Ziemi, ale tak nie było. Nie mieli żadnych danych na temat tego układu. Zbierali je wszystkimi czujnikami, nic jednak nie dawało im choćby najmniejszej pewności, że na ich kursie nie ma żadnych asteroid. Nikt jeszcze nie podszedł tak blisko do gwiazdy podwójnej czy do tak dużej masy. Bóg jeden wie, co się stało z polem.

   McDonough trzęsącymi się rękoma wywołał wyniki obu procedur poszukiwawczych, których zasięg zbliżał się do stu świetlnych we wszystkich kierunkach od celu ich podróży. Były negatywne. Wciąż nie wiedzieli, gdzie się znajdują, ale przy pięcioprocentowej rezerwie paliwa nie bardzo było się dokąd wybierać. Mieli natomiast statki górnicze: dzięki Bogu, mieli statki górnicze i elementy stacji. Mogli zebrać z układu lód i uzupełnić paliwo...

   Tyle że na zewnątrz szalało piekło promieniowania, tyle że wiatr słoneczny tego błękitno - białego słońca zabijał. Nie była to gwiazda, w pobliżu której mogłoby się utrzymać życie, i jeśli górnicy mieliby tam pracować, to musieliby ograniczyć czas przebywania na zewnątrz.

   A jeżeli statek spadał po łuku grawitacyjnym tej potężnej gwiazdy, co było dość prawdopodobne, to zetkną się z promieniowaniem na długo przed katastrofą.

    - Jeszcze raz przeprowadziliśmy inicjację systemu - odezwał się Greene z fotela Taylora. - Nie znajdujemy żadnych błędów w poleceniach.

   To znaczy Taylor postąpił zgodnie z danymi, które otrzymał od nawigatora. McDonough poczuł w żołądku zimną kulę nie pokoju.

   - Są jakieś odpowiedzi, panie McDonough?

    - Jeszcze nie, sir. - Mówił spokojnym tonem, ale wcale nie był spokojny. Nie popełnił błędu. Nie potrafiłby jednak tego udowodnić, powołując się na jakieś wskazania przyrządów.

   Statek nie mógł wyjść z nadprzestrzeni skierowany w inną stronę niż przy wchodzeniu w nią. Tak się nie stało. Nie mogło się stać.

   Jeżeli jednak jakaś cząstka nadprzestrzeni namieszała w danych, jeżeli komputer zgubił punkt docelowy i odpowiedzią był BŁĄD PUNKTU, to ze swoimi zapasami paliwa nie mogli przecież oddalić się na tyle, żeby stracić z pola widzenia znane sobie gwiazdy.

   Potrzebowali tylko dwóch sąsiadujących ze sobą gwiazd o widmach pasujących do map. Jakakolwiek zgodność dwóch gwiazd z mapami pozwoliłaby określić ich pozycję, a nawet gdyby skończyło im się całe paliwo, to nie mogli być dalej niż pięć świetlnych od ich drugiego punktu masy - to niemożliwe. W najgorszym wypadku nie dalej niż góra dwadzieścia świetlnych od Ziemi.

   Ale w promieniu dwudziestu świetlnych od Słońca nie było żadnej potężnej błękitno - białej gwiazdy oprócz Syriusza, ale to nie był Syriusz. Widma tych słońc nie pasowały do siebie. To nie miało sensu. Nic go nie miało.

   Zaczął szukać pulsarów. Kiedy kończą się krótkie miary, szuka się długich, takich, które nie kłamią, zaczyna się także wysuwać nieprzemyślane teorie, na przykład takie jak kosmiczne makrostruktury, zawinięte przestrzenie czy jakiekolwiek strzępy rozsądku, mogące stanowić pożywkę dla umysłu czy zasugerować kierunek, w którym polecieli, lub choćby stanowić wskazówkę, które z setki nieprawdopodobieństw jest prawdą.

następny